W rodzinnym grobie Dowborów w podpoznańskim Lusowie złożono wczoraj czaszkę zabitej w Katyniu Janiny Lewandowskiej, córki gen. Józefa Dowbora-Muśniekiego, przywódcy Powstania Wielkopolskiego
Czaszka jedynej kobiety zabitej w Katyniu i pierwszej w Europie, która wykonała skok ze spadochronem z wysokości 5 tys. m - Janiny Lewandowskiej, wróciła do rodzinnego Lusowa. Tam dzieciństwo i młodość spędziła podporucznik pilot Janina Lewandowska. Stamtąd też 3 września 1939 r. wyruszyła na wojnę. Już 22 września dostała się do niewoli radzieckiej. Została zabita przez NKWD w Katyniu 22 kwietnia 1940 r. - Obyśmy mogli zachować, się równie godnie, jak ona - mówił podczas mszy abp poznański Stanisław Gądecki. Na uroczysty pogrzeb z honorami wojskowymi przybyli m.in. przedstawiciele stowarzyszenia "Rodziny Katyńskie" z Poznania, Warszawy i Wrocławia, potomkowie rodziny Dowborów z Argentyny i Anglii oraz naukowcy z Akademii Medycznej i Uniwersytetu Wrocławskiego. Ci ostatni w szkole im. gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego wyjaśniali. jak doszło do odkrycia czaszki i potwierdzenia, że należy ona do Janiny Lewandowskiej. - Siedem czaszek (sześć z nich spoczęło już we wspólnej trumnie we wrocławskim sanktuarium Golgoty Wschodu w parafii redemptorystów - przyp. red.) przywiózł do Wrocławia w 1943 r. prof. Gerhard Butz, przedwojenny kierownik Zakładu Medycyny Sądowej. Niemcy wysłali go do Katynia, żeby pokierował ekshumacją - wyjaśniał dr Jerzy Kawecki z wrocławskiej Akademii Medycznej. - Po wojnie prof. Bolesław Popielski, który objął wrocławską katedrę, ukrył czaszki w swoim gabinecie. Tam czekały aż do 2002 r. na rzetelne badania - wspominał Kawecki.
Naukowcy metodą superprojekcji dowiedli, że jedna z czaszek należy do Janiny Lewandowskiej. Do identyfikacji użyto zdjęć, które były w lusowskim muzeum Powstańców Wielkopolskich i ich Dowódców. - Nałożyliśmy na siebie zdjęcia czaszki i zdjęcia "żywej" Janiny. 13 punktów antropometrycznych się pokryło - pokazywał na ekranie wyniki prac dr Hubert Szatny z AM.
Wczoraj zrekonstruowaną czaszkę przekazali Muzeum Powstańców Wielkopolskich i ich Dowódców w Lusowie.
Pośmiertnie Janka otrzymała też dyplom członka honorowego Aeroklubu Poznańskiego. W hołdzie Janinie przed mszą Piotr Haberland, dyrektor Aeroklubu Poznańskiego, Wilgą PZL 104 wykonał okrążenie nad lusowskim kościołem.
Witraż ze św. Hubertem, patronem myśliwych i leśników, poświęcono wczoraj podczas mszy św. w kościele parafialnym pw. św. Jadwigi i św. Jakuba w Lusowie (gm. Tarnowo Podgórne). Jego autorem jest poznański witrażysta Marcin Czeski, a fundatorami myśliwi z Lusowa. Okazją do złożenia parafii takiego daru jest 80. rocznica powstania Polskiego Związku Łowieckiego. Jak wyjaśnił podczas homilii proboszcz parafii ks. Ignacy Karge, św. Hubert jest patronem "szczególnie szerokiego zastosowania" - opiekuje się bowiem nie tylko leśnikami i myśliwymi, ale także optykami i ludźmi zawodowo związanymi z obróbką metali. Dzięki niemu można też m.in. uniknąć wścieklizny oraz pogryzienia i ukąszenia.
W tym roku przypada 65. rocznica śmierci polskiego dowódcy, kierującego wojskami polskimi w czasie I wojny światowej i po jej zakończeniu. Postać wybitnego żołnierza, znana mi z podręczników i publikacji historycznych, wspominana jest niezmiernie życzliwie przez starszych rodem mieszkańców Leszna.
Zimą 1919 r. z ogromną radością i owacją witano tu Dowbora- Muśnickiego przejeżdżającego głównymi ulicami miasta. W pewnym momencie zatrzymał się, popatrzył na okno jednego z budynków, w którym wisiała lśniąca czystością firanka, i rzekł: "Biedy to wy tutaj nie klepiecie". To zdanie nie tylko poprawiło nastroje walczącym o wy-zwolenie, ale przede wszystkim stało się kolejnym dowodem na to, iż Wielkopolska zawsze była i jest kojarzona z rozwiniętym przemysłem, rolnictwem i estetyką gospodarstw domowych.
Generał urodził się 25 października 1867 r. w majątku rodzinnym Garbów na ziemi sandomierskiej. Był najmłodszym z sześciorga dzieci Romana Muśnickiego i Antoniny z Wierzbickich. Rodzina Muśnickich należała do wybitniejszej szlachty, pochodzącej z Litwy. Przodkowie wodza zajmowali się głównie polityką oraz służyli w wojsku. Trójka z nich walczyła u boku samego Napoleona.
Pierwsze dziesięć lat swojego dzieciństwa spędził w atmosferze starego dworu szlacheckiego, w którym starannie pielęgnowano tradycje rodowe jak i patriotyczne. Następnie rozpoczął naukę w gimnazjum w Radomiu. Po ukończeniu czterech klas wstąpił do korpusu kadetów w Petersburgu. W 1886 r. przeniósł się do konstantynowskiej szkoły wojskowej, gdzie dwa lata później awansował na podporucznika.
W latach 1899-1902 studiował w akademii sztabu generalnego. W 1904 r. jako oficer I Korpusu Syberyjskiego wziął udział w kampanii rosyjsko-japońskiej. Rok później, zimą 1905 r. poślubił Agnieszkę z Korusuńskich, córkę profesora liceum prawniczego w Jarosławiu. W 1914 r. został mianowany dowódcą sztabu dywizji piechoty w stopniu pułkownika, po czym oddelegowano go na front austriacki.
W 1917 r. najpierw otrzymał awans na generała sztabu generalnego, a w lipcu powierzono mu funkcję szefa I Korpusu Polskiego w Rosji. W 1918 r. zmuszony przez dywizje niemieckie do złożenia broni i zdemobilizowania oddziału, powrócił do Polski, gdzie osiadł w Staszowie w woj. sandomierskim.
6 stycznia 1919 r. Naczelna Rada Ludowa powierzyła mu dowództwo nad oddziałami powstańczymi. 1 lutego 1919 r. dekretem wodza naczelnego Józefa Piłsudskiego został mianowany dowódcą frontu wielkopolskiego. Miesiąc później nadano mu stopień generała broni. W ciągu dwóch miesięcy utworzył 3 dywizje piechoty, 3 pułki ułanów, 7 pułków artyleryjskich oraz kilka formacji lotniczych. Z końcem 1920 r. podał się do dymisji i zamieszkał w majątku Lusowo, położonym niedaleko Poznania. Zmarł 26 października 1937 r. w Batorowie w wieku 70 lat. Generał Dowbór-Muśnicki został odznaczony pośmiertnie: orderami Świetego Jerzego, Świętego Stanisława, angielskim Orderem Łaźni, Medalem Podwójnego Smoka, Korony Włoskiej oraz łotewskim Krzyżem II S topnia.
Okrężną wycieczkę po zachodniej części powiatu poznańskiego opisał Czytelnik z Poznania W każdą sobotę wyjeżdżam na jedną ze swoich ulubionych tras. Wyruszam między godz. 7 a 8 rano i kończę około 14-15. W zależności od wielu czynników pokonuję od 40 do 70 km. Opisana przeze mnie trasa ma 64 km.
Przez aleję
Wyjeżdżamy z Poznania szlakiem rowerowym przez Las Marceliński, koło cmentarza Junikowskiego i następnie wzdłuż ul. Skórzewskiej do Przeźmierowa. Na wysokości giełdy samochodowej skręcamy w lewo, w ul. Cmentarną. Oddychamy z ulgą i jedziemy wreszcie spokojnie przez Sobiesiernie, Batorowo do Lusowa.
Lusowo to wieś na północno-wschodnim brzegu Jeziora Lusowskiego, na trasie wycieczki mijamy neogotycki kościół św. Jadwigi, do którego przylega jako kaplica fragment gotyckiego kościoła z XV w., na cmentarzu znajduje się grób gen. J. Dowbora-Muśnickiego - głównodowodzącego Powstania Wielkopolskiego. Za cmentarzem piękna aleja, którą jedziemy aż do wsi Lusówko.
W Lusówku znajdujemy ponownie znaki szlaku rowerowego, tym szlakiem jedziemy aż do drogi Poznań - Buk, w pobliżu wsi Kalwy przejeżdżamy na drugą stronę Jeziora Niepruszewskiego (opuszczamy szlak rowerowy). Dojeżdżamy do wsi Niepruszewo. Tu warto obejrzeć późnogotycki kościół z XVI w., także wnętrze oraz otoczenie kościoła - można znaleźć wiele ciekawostek.
Przez poniemieckie nasypy
Z Niepruszewa jedziemy na południe do miejscowości Cieśle. Znajdują się tu zabudowania dworskie. Kierujemy się dalej na południe polną drogą. Po drodze mijamy nasypy nieukończonej autostrady z 1942 r. Teraz te nasypy będą wykorzystane przy budowie nowej autostrady. Przejeżdżamy przez trasę kolejową Poznań - Nowy Tomyśl. Jeśli trafimy na intensywne prace przy budowie autostrady, możemy wybrać dłuższy wariant - z miejscowości Cieśle jedziemy w kierunku zachodnim - do drogi Niepruszewo - Skrzynki, przejeżdżamy przez przejazd kolejowy i po 1 km wjeżdżamy do miejscowości Skrzynki - wsi z eklektycznym pałacem z końca XIX w.
Jedziemy dalej tą samą drogą, aż w lesie spotkamy niebieski szlak turystyczny. Tym szlakiem dojeżdżamy do źródła Żarnowiec, po czym wyjeżdżamy z lasu w pobliżu wsi Tomice. Leży ona nad Jeziorem Tomickim na wzgórzu, na jej terenie znajduje się kościół późnogotycki. Jedną z płyt nagrobnych w tym kościele ufundował swemu ojcu biskup poznański Piotr Tomicki, wybitny przedstawiciel ludzi renesansu w Polsce.
Przez polne bruki
Z Tomic jedziemy dalej niebieskim szlakiem przez wieś Mirosławki i dalej przez enklawę Wielkopolskiego Parku Narodowego - rezerwat Trzcińskie Bagno. Następnie jedziemy przez Kraplewo i wyjeżdżamy w Stęszewie. Trasa nasza częściowo pokrywa się z drogą rowerową. Stęszew to miasto nad rzeką Samicą w otoczeniu trzech jezior, można tu podziwiać rynek i dwa kościoły oraz pomnik Powstańców Wielkopolskich.
Ze Stęszewa wyjeżdżamy do wsi Dębno - brukowaną drogą jedziemy pod górę w kierunku skraju lasu, skrajem tym dobijamy do wsi Wypalanki, gdzie skręcamy w lewo, do krzyża i dalej do Jeziora Chomęcickiego. Nad jeziorem od strony wsi Wypalanki znajduje się zagospodarowane przez leśników miejsce, gdzie można wypocząć przed powrotem do Poznania.
Do Poznania wracamy trasą: Wypalanki - Chomęcice - Głuchowo - Plewiska (wjeżdżamy w zabudowania miasta na terenie Junikowa).
Ta trasa ma wiele miejsc trudnych i stwarzających kłopoty w orientacji. Zalecam, aby przed wyjazdem poszperać w mapach publikowanych przez poznańskie dzienniki oraz w opisach tras pieszych publikowanych przez poznańskich pisarzy krajoznawców.
Nowy plan zagospodarowania dla cennych przyrodniczo okolic Lusowa zamierza uchwalić Rada Gminy Tarnowo Podgórne. Wkrótce będzie wiadomo, co i gdzie można tam budować.
Nowy plan ma pokazać, gdzie na tym terenie nie będzie można budować. Na tym polega ochrona przyrody - mówi Piotr Kaczmarek z referatu gospodarki przestrzennej w Urzędzie Gminy w Tarnowie Podgórnym. Obszar chronionego krajobrazu ma powierzchnię 1000 ha i obejmuje rynnę Jeziora Lusowskiego i doliny Samy. Rada Gminy podjęła uchwałę o utworzeniu takiego obszaru już w 1997 r. Od dwóch lat przygotowywano dla niego i terenów sąsiednich miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Teraz prace te zmierzają ku końcowi. Rada zatwierdziła już plany zagospodarowania dla wsi Rumianek, Jankowice i Ceradz Kościelny, choć nie obyło się wówczas bez protestów mieszkańców. Ostatnim etapem będzie na początku przyszłego roku uchwalenie miejscowego planu dla rejonu wsi Lusowo i Lusówko.
- Już podczas tworzenia obszaru chronionego krajobrazu uchwałą Rady Gminy ustalono, co można, a czego zabrania się na tym terenie - mówi Jacek Sikorski z Urzędu Gminy Tarnowo Podgórne, odpowiedzialny za ochronę środowiska. Teraz w okolicach Lusowa obowiązywać będzie także miejscowy plan zagospodarowania uwzględniający wskazania zawarte w uchwale rady. - Plan ma określić, jak ten teren rzeczywiście będzie wyglądał. Zostaną zamknięte drzwi przed wszystkimi zmianami - mówi Sikorski.
Na terenie obszaru chronionego kraj-obrazu w okolicach Lusowa nie powstaną zatem żadne osiedla, a wszelkie nowe budynki będą musiały mieć ogrzewanie gazowe. Nie można tu także m.in. niszczyć drzew i roślin ani zbierać dziko rosnących owoców i roślin pozostających pod ochroną.
Działają jak tajne służby. Ich szef ma nawet legitymację z numerem 007. Kłusujący wędkarze i rybacy w powiecie poznańskim powinni zacząć się bać. Od początku lipca mają przeciw sobie 221 ludzi, którzy już zaczęli kontrolować jeziora i rzeki. Mowa o Społecznej Straży Rybackiej i jej komendancie powiatowym Janie Witkowskim, którego legitymacja członkowska ma właśnie numer 007. W czerwcu starosta powiatu poznańskiego Ryszard Pomin ponownie powołał straż do życia. Ponownie, bo straż działała już przed 1999 r. przy Straży Ochrony Przyrody. Potem w wyniku reformy samorządowej przez półtora roku obowiązek ochrony wód śródlądowych przed kłusownictwem spoczywał tylko na Państwowej Straży Rybackiej. Teraz od początku lipca strażnicy społecznicy ponownie wspomagają strażników zawodowców.
Jest ich dużo...
W szeregach PSR w pow. poznańskim jest tylko dwudziestu strażników w trzech posterunkach. Do SSR wstąpiło natomiast 221 ochotników. - Nie dostają za to żadnych pieniędzy, a nawet ponoszą własne koszty podczas kontroli - mówi Witkowski. Podzieleni na trzydzieści kilkuosobowych grup, funkcjonują przy okręgowych kołach Polskiego Związku Wędkarskiego. Pod dowództwem przeszkolonych komendantów patrolują 24 jeziora należące do PZW (m.in. Lusowo, Kierskie, Rosnówko, Strykowo, Łomno), ale nie tylko. Wspólnie ze strażnikami z PSR mają prawo kontrolować wszystkie wody w powiecie. - Patrol jest co najmniej dwuosobowy - mówi Witkowski. - Jednak strażnicy mogą działać też sami, nieoficjalnie. Przychodzą nad wodę jako zwykli wędkarze i obserwują, namierzają kłusowników. Patrzą, czy inni wędkują zgodnie z regulaminem - opowiada Witkowski. - Teraz np. nie można już używać metalowych siatek na ryby, bo ryba uwolniona później z takiej siatki nie ma już łusek i ginie - dodaje.
Strażnicy dbają też o czystość wód, bo i wędkarze potrafią je zaśmiecić. - Po naszych kontrolach znacznie poprawiła się czystość brzegów Jeziora Swarzędzkiego - twierdzi Witkowski.
... ale mało mogą
Strażnicy społecznicy mają niestety małe uprawnienia. Nie mogą nawet wylegitymować wędkarzy. - Nie możemy, jak kiedyś, żądać dowodu osobistego. Jak tu potem złożyć wniosek na kolegium, jeśli nie wiadomo na kogo? - żali się Witkowski. - Możemy za to zabrać sprzęt i złowione ryby - zaznacza jednak. - Ustalamy nawet nagrody za zabranie kłusownikom przyrządów do nielegalnego połowu - dodaje. Kłusownicy używają do swoich celów siatek, łodzi, kajaków, urządzeń elektrycznych, a nawet broni palnej. - Strażnicy mają niebezpieczne zajęcie - przyznaje Witkowski. - Są pouczeni, żeby w przypadku agresywnego zachowania kłusownika nie wdawać się w żadne bójki, tylko zgłaszać sprawę policji - tłumaczy.
Strażnicy z SSR sami nie mogą też wystawiać mandatów. Jedynie współdziałając z zawodowymi strażnikami, którzy uprawnieni są do wlepiania mandatów, mogą w pełni egzekwować prawo. Jak dotąd w pow. poznańskim przeprowadzili cztery takie wspólne akcje - na Warcie i Jeziorze Strykowskim. Ich efektem było wystawienie kilkunastu mandatów i liczne pouczenia. - Dopiero zaczynamy działać, efekty jeszcze będą - mówi Witkowski.
Urodziła się 22 kwietnia 1908 roku w Charkowie w Rosji z matki Agnieszki Korsońskich i ojca Józefa. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkała wraz z rodzicami w Batorowie. Po ukończeniu Gimnazjum im. Zamoyskiej w Poznaniu studiowała w Konserwatorium Muzycznym, gdzie kształciła się w klasie fortepianu pod kierunkiem prof. Trąpczyńskiej. Podczas studiów razem z bratem Olgierdem mieszkała na stancji u państwa Hasiewiczów, którzy traktowali rodzeństwo Dowborów jak własne dzieci. Po ukończeniu konserwatorium Janina marzyła wprawdzie o karierze śpiewaczki, lecz to jej się nie udało. Pracowała na poczcie i jedynie dorywczo dorabiała śpiewem przed seansami filmowymi w kinie "Muza", a także na Wystawie Krajowej u Baciewskiego. W tym czasie zamieszkała przy ulicy Szymańskiego, w wynajętym pokoju. Gdy w 1937 r. zmarł Józef Dowbor - Muśnicki, razem z siostrą, Agnieszką zajęła się pogrzebem ojca. W styczniu 1939 r. Janina przeprowadziła się do dwupokojowego mieszkania przy ulicy Niecałej, dotąd zabrała z Batorowa, wymagającą stałej opieki schorowaną babcię. W pielęgnowaniu chorej pomagała przywieziona z Batorowa, 21-letnia wtedy Władysława Włodkowska.
Pasją Janiny było lotnictwo. Z szybownictwem spotkała się już jako gimnazjalistka, uczestnicząc w pokazach lotniczych na Ławicy koło Poznania. Później jako członkini Aeroklubu poznańskiego, zajmowała się sportem szybowcowym i spadochronowym. Już jako pilot szybowcowy została przyjęta do Wyższej Szkoły Pilotażu i ukończyła ją z uprawnieniami pilota motorowego. W latach 1933-34 na kursach we Lwowie i w Dęblinie dodatkowo zdobyła wykształcenie w dziedzinie radiotelegrafii i uprawnienia do obsługi nowoczesnych aparatów Juza Huugsa.
Biorąc udział w pokazach szybowcowych w Tęgobrzegu koło Nowego Sącza, Janina Dowbor poznała swego przyszłego męża instruktora pilotażu pułkownika Mieczysława Lewandowskiego. Ślub cywilny odbył się w Poznaniu 10 czerwca 1939 r. z udziałem świadków: Stanisława Koperskiego i Ireny Hasiewicz. Natomiast ślub kościelny miał miejsce w sierpniu tego roku w Tęgobrzegu. Ostatnie dni sierpnia wypełnione były intensywnymi przygotowaniami do mających się odbyć we wrześniu w Warszawie pilotażowych mistrzostw Polski. Na wiadomość o wybuchu wojny Janina Lewandowska powierzywszy opiekę nad babcią siostrze Agnieszce, a mieszkanie Władysławie Włodkowskiej, natychmiast postanowiła wraz z trzema kolegami z Areoklubu jechać do Łucka, gdzie miała być formowana jednostka lotnicza. Przed wyjazdem u Ireny Hasiewicz zostawiła dwa albumy zdjęć z zapewnieniem, że odbierze je za dwa miesiące. W mundurze polowym pilota, z walizeczką zawierającą rzeczy osobiste, odchodziła na wojenną tułaczkę, nie wiedząc o tym, że już tu nie wróci. Tymczasem w pierwszych dniach wojny do Poznania przyjechał Mieczysław Lewandowski, lecz żony nie zastał. Po kilku dniach został przez Niemców aresztowany i wywieziony do Generalnej Guberni. Stamtąd udało mu się przedostać do Francji apotem do Anglii, gdzie w czasie wojny służył w 302 Dywizjonie Myśliwskim. Losy Janiny odtworzyli jej koledzy z Aeroklubu Poznańskiego. W dniu 3 września wraz z trzema innymi pilotami załadowała się na otwartą platformę pociągu towarowego na Dworcu Zachodnim w Poznaniu, lecz dojechała tylko do Nekli. gdyż dalej torowisko było zbombardowane. Na szczęście spotkali 3 Pułk Lotniczy zPoznania, który właśnie ewakuował się na wschód Polski idzięki temu już 8 września udało jej się dotrzeć do Lublina, anastępnego dnia do miejscowości Kopczyńce. Po napaści Związku Sowieckiego na Polskę 17 września, cała grupa wraz z3 Pułkiem Lotniczym pod dowództwem kapitana Józefa Sidora udała się pieszym marszem wkierunku południowym, jednak już 22 września otoczyły ją czołgi sowieckie. Wszyscy dostali się do niewoli. Według relacji Władysława Nycza, klubowego kolegi Lewandowskiej, kapitan Józef Sidor ipodporucznik Janina Lewandowska zostali osadzeni wobozie jenieckim wKozielsku (on sam, ponieważ był wcywilnym ubraniu, został wobozie przejściowym). WKozielsku, zobawy przed represjami, Janina zataiła, żejest córką generała Dowbora-Muśnickiego podając rok urodzenia 1914 aimię ojca - Marian. Na liście polskich oficerów zamordowanych wKatyniu, sporządzonej przez Niemców, aprzemyconej przez polskie podziemie do Anglii, figuruje osoba Janiny Lewandowskiej. Potwierdzają todokumenty przekazane Polsce przez stronę rosyjską w1992 r. Na jednym znich, sygnowanym numerem 0401, pod pozycją, 53, akta numer 1496, widnieje nazwisko, Janina Lewandowska córka Mariana, urodzona 1914 r. Była jedyną kobietą wśród polskich oficerów kierowanych zKozielska do Katynia. Na kolejnej liście (numer 0402), ujmującej następną grupę stu oficerów, wpisano datę 20 kwietnia 1940 r. Ztrybu organizacji zbrodni katyńskiej wynika zatem, iż Janina została zamordowana przez NKWD dwa lubtrzy dni później toznaczy 22 kwietnia 1940 roku, w32 rocznicę swych urodzin. Podczas ekshumacji zwłok polskich oficerów wKatyniu natrafiono na zwłoki kobiety oficera wmundurze lotnika. Naocznym świadkiem tego był Józef Mackiewicz, członek PCK. Przy pomordowanych znaleziono też notatki, fragmenty niektóre pamiętników dotyczą Janiny Lewandowskiej. Na przykład wnotatkach należących do majora Kazimierza Szczekowskiego czytamy pod datą 7 i8 lutego 1940 r. "Jest tu wobozie lotniczka, dzielna kobieta już czwarty miesiąc znosi znami wszelkie niewygody niewoli atrzyma się wzorowo. Natomiast znotatkach porucznika Włodzimierza Wojdy znajduje się informacja: "Wczoraj była unas na obiedzie lotniczka. Zaprosiliśmy ją przyjęliśmy ją kawą zcukrem ichlebem ichlebem...". Przebywający wKozielsku iocalały kapitan Wacław Mucho napisał: "Spotkałem panią Lewandowską wobozie wKozielsku. Miało tomiejsce, gdy przychodziła do baraku numer 17, gdzie kwaterowałem, by porozmawiać zdwoma swymi przyjaciółmi. Jednym znich był podporucznik drmed Michał Kulikowski. Ubrana była wmundur Polskich Lotniczych Sił Zbrojnych, który jej nie pasował. Jak na kobietę była wysokiego wzrostu okrótko przyciętych włosach. Sposób wjaki starała się bezskutecznie dostać do transportu wywożącego zobozu jej kolegów, robił ogronme wrażenie. Potem okazało się, żewyjechała kilka dni później, dzieląc ten sam los..."Pisano także ojej konspiracyjnym życiu religijnym, ouczestnictwie wtajnych nabożeństwach odprawianych przez księdza kapelana majora Leona Żółkowskiego. Najbliższa rodzina nigdy nie dowiedziała się ojej bohaterskiej postawie, bo nikt nie pozostał przy życiu, nieusłyszała też słów Apelu Poległych, wygłoszonego wlesie katyńskim 4 czerwca 1995 r. Janina Lewandowska, podporuczniku pilocie Wojska Polskiego - jedyna kobieto jeńcu zamordowana wKatyniu wzywamy Ciebie do apelu! Cześć jej pamięci!
W Poznaniu jest tylko 21 km ścieżek rowerowych - w Warszawie prawie cztery razy tyle. W tym roku poznański Zarząd Dróg Miejskich wybuduje tylko dwie nowe drogi rowerowe o długości 4 km.
Poznańscy cykliści zainaugurowali wiosenny sezon rowerowy już 19 marca. Na rowerowe powitanie wiosny przyjechało mimo padającego deszczu kilkadziesiąt osób. - Chciałbym, żebyśmy co roku inaugurowali sezon rowerowy otwarciem nowej drogi rowerowej w mieście - powiedział obecny na imprezie wiceprezydent Poznania Paweł Klepka. - Miasto ma już opracowaną politykę komunikacyjną, która kładzie nacisk na wprowadzanie zrównoważonego transportu. Znalazło się w niej również miejsce dla komunikacji rowerowej - dodał.
Klepka zapewnił rowerzystów, że Zarządowi Miasta bardzo zależy na rozwoju sieci ścieżek rowerowych, ale w budżecie Poznania jest ciągle za mało pieniędzy na ten cel. Polityka transportowa miasta, którą poznańscy radni uchwalili pod koniec ubiegłego roku, zakłada stopniowy rozwój sieci ścieżek rowerowych w mieście. W ciągu najbliższych 15 lat długość ścieżek w mieście ma się zwiększyć do 130 km. Dodatkowo w tym samym czasie ma powstać około 150 km ścieżek turystyczno-rekreacyjnych, które połączą przedmieścia z podmiejskimi terenami zielonymi. - Będę się starał, żeby stworzenie sieci dróg rowerowych w mieście nastąpiło szybciej - zapewnił Klepka. - Może uda się stworzyć tę sieć w ciągu 10, a nie 15 lat - zapowiedział.
Drogi zastawiane
Obecnie w Poznaniu jest prawie 21 km dróg rowerowych. Najdłuższa prowadzi z górnego tarasu Rataj przez trasę kórnicką, most Rocha, pl. Kolegiacki w stronę Wzgórza św. Wojciecha. Droga ta została uzupełniona przez krótkie odcinki z ronda Rataje do Jeziora Maltańskiego oraz odgałęzienie biegnące przez ul. Kazimierza Wielkiego i ul. Krakowską. Poza tym powstało sześć dróg rekreacyjno-turystycznych prowadzących poza miasto: do Kiekrza, Lusowa, Puszczykowa, Pobiedzisk, Swarzędza i Biskupic, których łączna długość wynosi około 120 km. Niestety, drogi rowerowe w śródmieściu są w kiepskim stanie. Po ich wybudowaniu drogowcy najczęściej zapominają o ich bieżącej konserwacji i malowaniu znaków poziomych.
Wiele dróg jest zastawianych przez nieprawidłowo parkujące samochody i wtedy ścieżki przestają pełnić swoją funkcję, rowerzyści muszą omijać samochody, co naraża ich na dodatkowe niebezpieczeństwo. - Kilka dni temu zwróciliśmy się o interwencję do straży miejskiej w sprawie aut parkujących na ścieżkach rowerowych - mówi prezes poznańskiej Sekcji Rowerzystów Miejskich Ryszard Rakower. - Nie dostaliśmy jeszcze odpowiedzi, jednak kilka dni temu widziałem strażników, którzy zakładali blokady na koła samochodów parkujących nieprawidłowo na ścieżce rowerowej przy Cytadeli - zauważa.
Hetmańska i średnicowa
Rowerzyści z Sekcji naciskają na władze miasta i Zarząd Dróg Miejskich w sprawie budowy nowych i naprawy już istniejących ścieżek rowerowych. Dzięki ich działaniom niedawno udało się odtworzyć istniejącą kilka lat temu drogę dla rowerów na ul. Dąbrowskiego od ul. Żeromskiego do ul. Polnej, która została zdewastowana. Nowy odcinek ma kilometr długości, ale rowerzyści zapewniają, że będą dążyć do tego, żeby ścieżka ta została przedłużona aż do Smochowic. Ich działania wspierają rady osiedli Smochowice i Wola.
- Chciałbym, żeby w Poznaniu powstawało więcej ścieżek, ale ciągle jest na to za mało pieniędzy - powiedział Jan Sklorz, dyrektor ZDM. - Zapewniam jednak, że do końca 2000 r. powstaną dwie nowe ścieżki wzdłuż ul. Hetmańskiej i trasy średnicowej. Obecnie przygotowujemy dokumentację techniczną tych dróg - dodał. Droga wzdłuż ul. Hetmańskiej od ul. Rolnej do ronda Rataje przedłuży już istniejący odcinek od ul. Rolnej do ul. Dmowskiego, który powstał podczas niedawnego remontu wiaduktu kolejowego przy ul. Traugutta i jego okolic. Łącznie dwie nowe drogi rowerowe przy ul. Hetmańskiej i trasie średnicowej będą liczyły 4 km.
Walka o Kościuszki
Cyklistom nie udało się na razie doprowadzić do powstania ścieżki wzdłuż ul. Kościuszki. - W 1991 r. miasto podjęło uchwałę, w której zobowiązało się do szybkiego zbudowania tam ścieżki - mówi Rakower. - Mimo to budowa tej drogi ciągle jeszcze nie doczekała się realizacji - dodaje. Poznańscy rowerzyści chcą, żeby ścieżka na ul. Kościuszki połączyła istniejące odcinki na ul. Kazimierza Wielkiego i ul. Krakowskiej i prowadziła aż do ul. Solnej. Powstanie ścieżki w tym miejscu wymaga jednak zlikwidowania miejsc parkingowych po jednej stronie ulicy, a na to nie godzą się kierowcy.
Możliwe jednak, że wymalowanie na chodniku trasy dla rowerzystów będzie możliwe po zmianie zasad organizacji ruchu na ul. Kościuszki i równoległej do niej al. Niepodległości. Sygnalizacja świetlna na tych ulicach zostanie podłączona do centrum sterowania ruchem, a miejsca parkingowe po jednej stronie ul. Kościuszki znikną. Ulica stanie się wtedy ważną trasą przelotową przez miasto i może na chodniku lub poboczu znajdzie się miejsce dla rowerzystów. - Nie wyobrażam sobie, żeby wprowadzono jakiekolwiek zmiany na tej ulicy, a nie powstała tu droga rowerowa - mówi Rakower. - Będziemy naciskali na miasto, żeby zrealizowano uchwałę z 1991 r., która mówi o jak najszybszym utworzeniu tam drogi - zapowiada. Rakower dodał, że rowerzyści z Sekcji opracują wkrótce własne propozycje rozbudowy sieci ścieżek w mieście, które przekażą Zarządowi Miasta.
Plan piętnastoletniW ciągu najbliższych 15 lat w Poznaniu ma powstać sieć ścieżek rowerowych o łącznej długości 130 km. Na razie nie wiadomo, czy miasto będzie miało na to pieniądze, bo koszt budowy 1 km nowej drogi rowerowej wynosi od 300 do 500 tys. zł. Jednak koszt budowy trasy dla jednośladów spada, gdy realizuje się ją przy okazji większych remontów lub budowy nowych dróg. Takie rozwiązania stosuje się już w Poznaniu - droga rowerowa przy ul. Hetmańskiej powstała "przy okazji" kompleksowej przebudowy tej ulicy.
końca roku ma zostać opracowany wieloletni plan rozwoju ścieżek rowerowych w mieście. Dokument ten będzie szczegółowym uzupełnieniem polityki transportowej miasta w zakresie komunikacji rowerowej.
W tym roku można jeszcze za darmo rozbić namiot nad samym brzegiem jeziora w Lusowie. Podróż samochodem z Poznania do tej uroczej miejscowości zajmuje tylko 25 minut, warto więc wybrać się tam choćby na kilka dni...
Lusowo polecam gorąco zwłaszcza tym, którzy cenią sobie spokój i wolą odpoczywać zdala od gwaru zatłoczonych pól namiotowych. Jest to też wymarzone miejsce dla romantyków, którzy lubią spędzać letnie wieczory przy ognisku nad brzegiem jeziora (choć nie wiem, czy jest to całkiem legalna praktyka). W tej chwili na mniej więcej 150-metrowej nadbrzeżnej łące rozbitych jest zaledwie kilka namiotów letników nie zrażonych nienajlepszą pogodą.
Pływające atrakcje
Łąkę nad brzegiem jeziora wydzierżawił prywatny ajent. Zapowiada, że wprzyszłym roku za rozbicie namiotu trzeba będzie już zapłacić. Póki co, zarabia na wypożyczaniu sprzętu pływającego. Wynająć można rowery wodne, kajaki i łodzie. Godzina kosztuje od 3 do 3,50 zł. Tańsze są łodzie wędkarskie - za 7 zł można łowić ryby przez cztery godziny. W przyszłym roku mają pojawić się jeszcze parasole przeciwsłoneczne i leżaki.
Woda w Jeziorze Lusowskim jest dość czysta, choć podobno część właścicieli licznych w tej okolicy domków letniskowych spuszcza do niego ścieki. Można jednak spokojnie się kąpać, jeśli tylko nie zniechęci nas chłodna i kapryśna aura. Trzeba też uważać na nierówne dno jeziora - nawet blisko brzegu można nieoczekiwanie stracić grunt pod nogami.
Przez pola, przez las
W Lusowie przy drodze do Batorowa jest prywatny [,Klub Jeździecki Hubertus. Można wynająć tam konia i pojeździć po okolicy (10 zł za godzinę). Polecam wyprawę na drugą stronę jeziora, przez Lusówko w kierunku Otowo. Tam zaczynają się lasy, które w tej okolicy - niestety - nie są zbyt rozległe. Na koniu dotrzeć można tam, gdzie samochodem dojechać się nie da. Np. na ogromną, otoczoną lasem polanę w pobliżu Otowa.
Podróż na końskim grzbiecie nie tylko sprzyja obcowaniu z przyrodą, ale także obserwacji zwierząt, których sporo jest w tej okolicy. Najwięcej jest niestety komarów, ale po skoszonych już w większości polach biegają jelenie i sarny, spacerują bociany, kuropatwy i czaple. Spotkać można nawet bażanta i jastrzębia.
Przejażdżka lub spacer ścieżką nad samym brzegiem jeziora są już mniej romantyczne. Co chwila natrafia się tam na sterty śmieci pozostawione przez niechlujnych turystów i wędkarzy.
Lusowska stadnina jest też szansą dla tych, którzy jeszcze nie zdążyli nauczyć się jeździć konno. Godzina ćwiczeń z instruktorem kosztuje 12 zł.
Dom weź ze sobą...
W Lusowie najgorzej przedstawia się sprawa noclegu. Wybierać można tylko pomiędzy sprywatyzowanym niedawno ośrodkiem należącym niegdyś do poznańskich zakładów graficznych, oddalonym o dwa kilometry motelem "Sady" i własnym namiotem. Polecam ten ostatni...
Ośrodek położony jest w starym, liściastym lesie, na schodzącym do jeziora zboczu. Wbrew pozorom, nie jest to urokliwe miejsce. Przeszkadza zwłaszcza zapach śmieci i zielsko rosnące pod drzewami. Wynajęcie domku bez sanitariatów, ale z wodą, kosztuje 40 zł za dobę. Mimo to w ośrodku wolne miejsca będą dopiero w przyszłym tygodniu. W"Sadach" nocują natomiast głównie przejeżdżający trasą A-2 kierowcy tirów. W pobliżu motelu można też napotkać mocno podkasane i umalowane panienki szukające przygód i zarobku. W tej sytuacji nocowania tam nie polecam.
Prawdopodobnie pierwszym dobrym miejscem do zatrzymania się w Lusowie będzie oddany za dwa tygodnie hotelik, wybudowany przez właściciela stadniny. Na razie koszt noclegu nie jest jeszcze znany.
Marnie jest także w okolicy z zapleczem gastronomicznym. Do [bar Wodnik] jakoś bałam się zajrzeć. W [bar U Konisia] nie znalazłam żadnych szczególnych dań, a wystrój zdecydowanie mnie odstraszył. Od tej strony nie zawiódł tylko motel "Sady".
Jezioro Lusowskie mieszkańcom Poznania kojarzy się z weekendowymi wyjazdami. Mało kto wie, że na cmentarzu, przy którym parkuje się samochody idąc na plażę, leży generał Dowbor-Muśnicki i jego rodzina.
W tym tygodniu nasza reporterka wyruszyła na zachód od Poznania. Oprócz Lusowa odwiedzi Sierosław, a także Skrzynki i Niepruszewo, tereny znane wielu poznaniakom.
Lusowo jak Lusy
Do Lusowa najłatwiej dojechać samochodem trasą A-2 przez Sady lub drogą przez Przeźmierowo i Batorowo. Zajmuje to nie więcej niż 25 minut. Autobusy odjeżdżają z [Ogrody] i jadą mniej więcej dwa razy dłużej. Gminna wieść niesie, że nazwa wsi Lusowo pochodzi od imienia Lusy, które oznacza - rączy, zwinny. Legenda wiąże ją zkonnicą odpierającą ataki wroga zagrażające Poznaniowi od zachodu.
W latach międzywojennych właścicielem majątku lusowskiego był sam generał Józef Dowbor-Muśnicki, naczelny wódz powstania wielkopolskiego. Podobno na jego cześć okoliczni powstańcy chcieli nazwać pobliską wieś - Dowborowo. Generał w swej skromności nie przystał na ten pomysł i zaproponował nazwę Batorowo na cześć króla Stefana Batorego.
W pałacu, położonym na skarpie jeziora, generał mieszkał przez ostatnie 18 lat życia do 1937 roku. Pochowano go na miejscowym cmentarzu, kilka metrów od kaplicy. Leży tam również jego żona, a wyryte w kamieniu tablice upamiętniają córki: Agnieszkę i Jadwigę. Obie zginęły w czasie wojny - jedną zamordowali Niemcy w [Palmiry], drugą Rosjanie w [Katyń].
W drodze do kościoła
W Lusowie od strony Sadów stoi zabytkowy neogotycki pałac, w którym mieszkał generał. Choć od czterech lat pałac ma prywatnego właściciela, jego niepozorny i niedbały wygląd nigdy nie zachęcił mnie do przyjrzenia mu się z bliska. Remont zaczął się tam kilka lat temu i jakby zamarł w miejscu.
Nieco ponad 100 metrów dzieli dawną rezydencję generała od uroczego kościoła parafialnego. Widać go już z odległości kilku kilometrów - stożkowa czerwona wieża góruje ponad drzewami.
Pierwszy drewniany kościół wybudowano wtym miejscu prawdopodobnie w połowie XIII w. Według niektórych źródeł ufundowała go św. Jadwiga Śląska. W 1499 r. zastąpił go nowy, ceglany. Na początku tego wieku wybudowano obecny kościół, a ze starej świątyni pozostawiono jedynie gotyckie prezbiterium.
Muzeum pamiątek potomków
Mieszkańcy Lusowa szczycą się, że to z ich miejscowością generał Muśnicki związał ostatnie lata swego życia. Emerytowana nauczycielka z Lusowa Anna Grajek przez rok zbierała eksponaty do Muzeum Powstańców Wielkopolskich, które za kilkanaście dni zostanie otwarte wraz z wybudowaną tu szkołą. W sumie udało się jej zgromadzić ponad 700 pamiątek - większość podarowali okoliczni mieszkańcy - potomkowie powstańców 1918 roku.